Mój pierwszy triathlon
 

      Nie ma,  jak to sobie zrobić prezent na okrągłe urodziny! Pomysł był taki, że wystartuję na Enea Poznań Triathlon w lipcu 2014 na dystansie ¼ Ironman. Decyzja była spontaniczna i prosta, potem już było gorzej. Zacząłem od łatwych rzeczy, czyli od teorii, zakupiłem stosowną literaturę oraz zacząłem szukać informacji w internecie. Wiedząc już mniej więcej, co mam robić, sporządziłem sobie bilans otwarcia:
 

1. Pływanie - 950 metrów na otwartych wodach! Nie pływam żadnym krytym stylem, na środek jeziora też się boję wypłynąć - „no cóż, nikt nie mówił, że będzie łatwo”
 

2. Rower - 45 km! Tu czuję się najpewniej; w końcu kilka dni temu debiutowałem w MTB.
 

3. Bieganie - 10,5 km! To raczej wyzwanie; jeszcze nie tak dawno cieszyłem się że tyle przejechałem na rowerze.
 

         Jak widać, bilans otwarcia niezbyt porażający, chociażby już tego powodu, że pojedyncza aktywność sama w sobie już była wyzwaniem,  więc zrobienie tych  3 rzeczy naraz zahaczało o coś „niemożliwego”. Ale od czego są plany treningowe i dobre chęci. I tak się zaczęło.


Październik 2013 - ten okres poświęciłem na regenerację, szczerze mówiąc, nie wiem, po czym, ale plan w triathlonie to podstawa. 


Listopad 2013 - zacząłem trenować; krótkie przebieżki na bieżni, spinning. Zapadła także decyzja, że  tym miesiącu odpuszczam jeszcze basen. W sumie było nieźle i jakoś  sobie radziłem.

Grudzień 2013 - dopadło mnie przeziębienie, odpuściłem, potem tygodniowe narty i ambitny plan treningów pływackich. Niestety, woda w basenie była zdecydowanie za zimna, więc co było robić - odpuściłem kolejny raz i  pływanie przerzuciłem na styczeń.  


Styczeń 2014 - mamy jeszcze czas, pełny spokój. Zacząłem biegać w terenie, niemiłosierne zmęczenie. Czasem dokładałem rower, a basen, zwyczajowo już, przesunąłem na kolejny miesiąc.

Luty i marzec 2014  j.w.


Kwiecień 2014 - są zmiany na lepsze! Pierwszy w sezonie wyścig MTB, zacząłem także treningi pływackie i już po pierwszym uzyskałem pewność, że powinienem był chodzić od października.  

 

Maj 2014 - oprócz normalnych treningów, pierwszy start w biegu na 10 km zakończony wielkim sukcesem - dobiegłem !


Czerwiec i lipiec 2014 - ciężkie treningi, świadomość że termin startu zbliża się nieubłagalnie, żarty się kończą …


      25 lipca 2014 - dzień przed startem. Nawet nie było czasu na stres, wszystko w biegu pakowanie roweru, rejestracja  i odebranie pakietu startowego, wstawienie roweru do strefy zmian i odprawa techniczna przed startem. Na długo zapamiętam film https://www.youtube.com/watch?v=L8TJXH3bcvw z rywalizacji Raelert vs  McCormack (na dystansie Ironman) z kapitalną sceną, w której biegnący razem zawodnicy na kilka kilometrów przed metą podają sobie ręce, życząc sobie sukcesu i zaczynają morderczy finisz. Wygrał  McCormak - legenda światowego triathlonu. I to właśnie on po chwili pojawił się wśród nas.


      26 lipca 2014 - około 5.00 stres daje o sobie znać. Oczywistym jest, ze przed zawodami powinno się dobrze wyspać; ale co zrobić, nie wyszło. Po ósmej dotarłem do strefy zmian. Widok niemal 1400 rowerów robił wrażenie.  Startowałem w III grupie zawodników o 9.20. Wszędzie panuje niesamowity klimat będący połączeniem miejsca (czyli Malty), kibiców i unoszących się w powietrzu emocji startujących. O 9.00 ruszyła I grupa, a ja już wiedziałem, że chociaż nie zacząłem i nie skończyłem nawet jeszcze tego triathlonu, na pewno zrobię wszystko, by pojawić się na starcie również za rok. 

    Na starcie pływania ustawiłem się z tyłu z obawy, żeby nie być stratowany przez innych. W końcu strzał i ruszyliśmy! Starałem się trzymać tempo, wybrałem sobie kogoś przede mną i twardo trzymam się go. Ominięcie dużej  boi to znak, że połowa trasy już za mną, niestety okulary zaparowały i straciłem orientację do tego stopnia, że  nie bardzo wiedziałem, gdzie płynąć. By wyjść z tarapatów, trzymałem się jednego z zawodników, mając nadzieję, że może on ma lepsze okulary i obrał dobry kierunek. Gdy wybiegłem z wody, usłyszałem przerażające słowo – dyskwalifikacja. Co w tym momencie poczułem? Tylko zdumienie, czyżbym miał  tak szybko zakończyć swój debiut?  Na szczęście, moje szczęście! Słowa sędziego nie były kierowane do mnie, trafiło na zawodnika z pierwszej grupy, który przekroczy limit czasu (45min).  

      Po wyjściu z wody, szybko do strefy zmian, gdyż czas na rower. Początek  zupełnie OK, ale wkrótce pierwszy kryzys. Samopoczucie fatalne, widać, że zaczyna „odcinać prąd”, żel i izotnik nie pomagają, ale cudów dokonał banan, siły wróciły. Po drodze mijam kibica z firmy (dzięki Krzysiu). Dojechałem do półmetka i już wiedziałem, że będzie łatwiej, bo i z wiatrem, i trochę więcej z górki; tylko ze słońcem nic się nie dało zrobić na tej asfaltowej patelni. Gdy zostało jakieś 5 kilometrów, zwolniłem nieco, by trochę odpocząć, bo najgorsze jeszcze przede mną. 

      Początek biegu to nogi z ołowiu i skwar lejący się z nieba; jeśli można było liczyć że z nogami będzie lepiej, to szans na zmianę pogody nie mieliśmy żadnych. Przede mną dwa okrążenia Malty. Wiedziałem, że będzie ciężko i mogę nie dać rady, wysiłek jest ogromny, organizm może się zbuntować i odmówić posłuszeństwa. Dobrze, że wspomagali mnie kibice z Firmy (dzięki Alicjo Sławku i Krzysiu), plus przypadkowi ludzie na trasie, to bardzo pomaga. Wielką ulgą okazały się kurtyny wodne, bardzo pomagały też woda i owoce z punktów żywieniowych. Co jakiś czas coś pika, ale to nie komórka z przedwczesnymi  gratulacjami, to pulsometr daje znać że puls przekracza 170, adrenalina gna do przodu, serce nie sługa mówi zwolnij i to czynię. Początek drugiego  okrążenia to znowu kryzys. Kolejny żel, woda, banan i jest lepiej, czułem, że dam radę, minąłem ósmy kilometr, już tak mało brakuje …… i w końcu jest upragniona meta.


Skoro był bilans otwarcia, to i zamknięcia być powinien. Zatem:
 

1. Wielka satysfakcja, niedająca się z niczym porównać
 

2. Czas 3:44 – nie powala, ale to i tak całkiem nieźle jak na debiut, pływanie bez pianki, jazdę na rowerze górskim i aż 12 minut w strefie zmian.
 

3. Nie zdawałem sobie sprawy, jakie znaczenie ma wsparcie kibiców.
 

4. Co dalej? Aż się boję tego, co mi chodzi po głowie, muszę ochłonąć i skonsultować swoje plany z lekarzem, psychoanalitykiem i żoną…



Na koniec wielki dzięki dla:
 

Rodziny,  znajomych i przyjaciół za wiarę i wsparcie (niektórzy już chcą iść w moje ślady).

 

Huberta Króla i zespołu (http://trenertriathlonu.pl)  za to, co  zrobili z moim pływaniem.

 

Firmy Connector za wsparcie i pomoc.

 

Mai Kubiak za zmotywowanie do biegania.

 

Kibiców, woluntariuszy organizatorów za całokształt.


PS. Dla zainteresowanych więcej zdjęć filmów i informacji na: http://www.poznantriathlon.pl/   https://www.facebook.com/PoznanTriathlon?fref=ts oraz kilka zdjęć poniżej.